Blog > Komentarze do wpisu

GMO - ani bezpieczne, ani eko

Przedruk z Gazety Wyborczej


Ciekawa i obszerna polemika Marcina Rotkiewicza z tekstem "GMO, głód ..." wymaga odpowiedzi w kilku co najmniej punktach.

Zdaniem Marcina Rotkiewicza możliwość stosowania Roundup'u ogranicza liczbę koniecznych oprysków. Ponieważ z chwastami walczy się chemicznie, nie trzeba stosować głębokiej orki niszczącej glebę. W połączeniu z odpornością upraw GMO na szkodniki (nie trzeba pryskać insektycydami), użycie maszyn jest mniejsze niż w rolnictwie konwencjonalnym, co w konsekwencji prowadzi do redukcji emisji CO2. Stąd wyższość upraw GMO nad konwencjonalnymi.

Wbrew temu jednak, co twierdzi Rotkiewicz, jednokrotne pryskanie nie wystarcza, zwłaszcza tam, gdzie od wielu lat stosuje się Roundup. Rolnicy muszą częściej robić opryski i stosować wyższe niż zalecane stężenia. Aby opóźnić uodparniania się chwastów na Roundup, rolnicy powinni stosować równocześnie konwencjonalne środki ochrony roślin. Można to przeczytać w raporcie NAS, na który powołuje się Rotkiewicz, ale z którego cytuje tylko fragmenty świadczące na korzyść GMO.

Wbrew temu, co twierdzi Rotkiweicz, glifosat nie jest obojętny dla zdrowia. Wiadomo już od lat 80., że w testach eksperymentalnych glifosat powodował nowotwory. Dostępne badania naukowe, epidemia nowotworów, o której pisałam, jak również przypadki występowania glifosatu tam, gdzie go być nie powinno (np. w wodach gruntowych w Danii czy w pieczywie w Wlk. Brytanii, nie mówiąc już o roślinach GM pryskanych Roundupem ) świadczą o tym, że być może nie znamy całej prawdy o Roundupie. Ma rację Rotkiewicz, pisząc, że sól kuchenna dłużej rozkłada się w glebie. Jednak inhalacja z soli nie skutkuje chorobami. Wdychanie rozpylonego Roundupu, na jakie są narażeni mieszkańcy żyjący w pobliżu upraw GMO, ma dużo poważniejsze skutki. Nawet jeśli jest to najmniej toksyczny środek chwastobójczy na świecie, pisanie, że jest mniej szkodliwy niż sól kuchenna kreuje błędne wyobrażenie, którego efektem może być np. lekceważące obchodzenie się z tym środkiem, również przez Czytelników, na działce, nie tylko w dalekiej Argentynie.

Rotkiewicz zarzuca mi "epatowanie niezorientowanego w rolnictwie czytelnika wielkimi liczbami bez podania, co one znaczą". Celem podania ilości stosowanego herbicydu było unaocznienie Czytelnikom, że GMO nie jest wolne od chemii. Sam autor również podaje liczby, nie tyle nic niemówiące, co mówiące coś zupełnie innego. "90 proc. uprawiających je na świecie ludzi to drobni i biedni rolnicy". Wygląda na to, że GMO służy biedakom. Ale co jeśli, tych 90 proc. rolników produkuje zaledwie 20 proc. produktów rolnych GM? Czy wtedy też będzie to znaczyło, że GMO jest w rękach drobnych rolników?

Jeśli większość zalet GMO wynika z użycia Roundupu, to należałoby się zastanowić, czy jest to w ogóle jakakolwiek korzyść, poza przysłowiową zamianą siekierki na kijek?

Rotkiewicz kreśli imponującą listę nowych odmian GMO, które mają być dostępne w najbliższej dekadzie. Tymczasem nie wspomina, że już w przyszłym roku dostępna będzie nowa odmiana odporna na kolejny herbicyd, 2,4-D, którego na pewno nie można porównać do soli kuchennej.

Dopóki uprawy GMO będą odporne na herbicydy, dopóty nie będą "bezpieczne i eko" i nie będą stanowiły realnej alternatywy do rolnictwa konwencjonalnego, nie mówiąc już o rolnictwie ekologicznym.


środa, 02 stycznia 2013, iveggy

Polecane wpisy

i-phonecasino.co.uk